LIFESTYLE ZWIĄZEK

CHCESZ SIĘ UPEWNIĆ, ŻE ZNALAZŁAŚ TEGO JEDYNEGO – STAŃ Z NIM W KOLEJCE NA GRANICY.

Czy to na pewno ten jedyny? Czy to na pewno ta jedyna? Wzdycha wielu z nas, targanych niepewnością. Lecz na nic horoskopy, zgodności numerologiczne i wspólne zamiłowanie do pizzy przed telewizorem. Chcesz się upewnić, że znalazłeś  tego jedynego – stań z  nim w kolejce  na granicy.

Przenigdy nie brałam pod uwagę wyjazdu na Ukrainę. Ten kraj kojarzył mi się jedynie z ciągłą niepewnością, wojnami domowymi, stosami opon na Majdanie. Niby coś tam słyszało się o Lwowie, ale  jakoś wizja kraju ogarniętego zamieszkami skutecznie powstrzymywała moje myśli od najmniejszego krążenia wokół tematu.

A podróżowanie od zawsze było mi nieobce. Jako „córka swojej matki”, właścicielki biura turystyki przyjazdowej, permanentnie, od najmłodszych lat, przyklejałam nos do okienka w samolocie, siedziałam nad schabowym w Warsie, bawiłam się ulotkami pod biurkiem, „doglądałam” organizacji imprez oraz fikałam koziołki po posadzkach jeszcze nieoddanych do użytku hoteli. Europy też się trochę zobaczyło, ale zawsze był to wyjazd bezpieczny i przewidywalny. Raz jedyny, gdy miałam dziesięć lat, okradziono nas w Madrycie. Torebka mamy wraz z dokumentami i paszportami zniknęła podczas obiadu w restauracji. Był to jednostkowy przypadek, kiedy poczułam podczas podróży jakiekolwiek zagrożenie. Turystyka kojarzyła mi się zawsze z czymś przyjemnym, nigdy nie bałam się, że podczas podróży przydarzy mi się cokolwiek negatywnego.

Z rozsądku unikałam niebezpiecznych, zdaniem Ministerstwa Spraw Zagranicznych, kierunków. Czyż nie można milej spędzać czasu? Prywatny urlop lepiej przeznaczyć na wygrzewanie się na piaskach Algarve lub spacerując po gdańskiej starówce.  Ale to musiało się wydarzyć, zaczęły się pierwsze wzmianki…

Zaczęły się niewinnie, cztery lata temu. Wówczas, poznając mojego przyszłego męża, rodem z Zamościa, zaczęły do mych uszu dobiegać jakieś niewyraźne wspominki o upojnych latach wczesno licealnych, kiedy to „po lekcjach jechało się na Ugandę, kupowało majtek i dresów, a na rano z powrotem do szkoły”, a „wujek Zenek kartony fajek szmuglował pod spódnicą babki”, a „ojciec dogadał się i za stówę go poprowadzili na początek pięciokilometrowej kolejki”. Brzmiało to dla mnie dość egzotycznie, oczami wyobraźni widziałam raczej realia sprzed lat 40, niż raptem sprzed pięciu.

Temat pojawiał się i znikał, o Ukrainie myślałam nadal dość pejoratywnie. Ale co się odwlecze to nie uciecze. Bywając coraz częściej na rodzimych włościach męża, znajdowałam się całkiem blisko wschodniej granicy, a co za tym idzie, pomysł wyjazdu rósł w siłę. Nakłaniani przez licznych znajomych, którzy wypady na Ukrainę mieli w małym paluszku oraz mamieni obietnicami, że „przyjedziemy ze stówą a tam czerwony dywan będą przed nami rozkładali”, w lipcu dwa lata temu wyrobiliśmy sobie nowe paszporty. I przepadło, do tej pory, przez dwa lata,  byliśmy na Ukrainie sześć razy.

Nasz absurdalny zachwyt nad absurdalną codziennością tego kraju był wprost niewytłumaczalny. Jechaliśmy tam, by za każdym razem doznać czegoś takiego, co skłaniało nas do zaklinania, że „za Chiny Ludowe nigdy więcej!”, po czym za jakiś czas pojawiał się figlarny błysk w oku – a może znowu… Potrafiliśmy w piątek o 23 wyjechać z Warszawy, by nad ranem w sobotę zawitać we Lwowie. I w niedzielę wracać.

Granica. Ogarnięcie zdrowym umysłem organizacji tego procederu jest fizycznie niemożliwe. Za każdym razem, a przekraczaliśmy ją – bagatela – dwanaście razy, procedury odbywały się w inny sposób. Próbowałam nawet niekiedy notować co następuje po sobie – przykładowo, przy powrocie do RP: pobrać karteczkę u żołnierza, zająć pas numer 2 dla paszportów UE, wychodzi Ukrainiec i przeszukuje samochód, wyjść do mytnika z dokumentami, otwiera się szlaban, wyjść do kontroli paszportowej, u Polaków w paszportowej czekać w samochodzie aż ktoś podejdzie, czekać w samochodzie na przeszukiwanie manatków. Ale i tak zawsze wszystkie zapiski szlag trafiał, bo a to dawaliśmy karteczkę nie tam gdzie trzeba, a to stempla nam nie podbili na „karteczku” i trzeba było wracać pod prąd, a to wyzwali nas od głupich bo czekaliśmy w samochodzie a trzeba było wysiąść, lub też wysiedliśmy tam, gdzie trzeba było siedzieć. „Karteczku” zaś, z wypisaną rejestracją samochodu i ilością ludzi siedzących weń jest świętością, nie można zgubić jej lub pominąć któregoś z kolei stempla, bo wtedy koniec – nie wpuszczą bądź nie wypuszczą.

Na granicy czas się zatrzymuje. Trwa się w stagnacji po kilka lub nawet kilkanaście godzin. Jeżeli nie zapewni się odpowiedniej ilości pożywienia i napojów mniej lub bardziej wyskokowych – może stać się to męczarnią. Wszystkie skrawki czegokolwiek zadrukowanego w samochodzie zostają wyczytane i zostaje się sam na sam z piekielną prawdą – stoimy i stać będziemy. A przed nami stoi jeszcze pięćdziesiąt samochodów, a każdy z nich musi być sprawdzony a kierowca zapytany „broń, narkotyki, bursztyn?”.  W lato stoi się na odkrytej przestrzeni, bez toalety ani jakiejkolwiek infrastruktury i jest 30 stopni. Raz staliśmy tak osiem godzin. Gdy wreszcie, ugotowana, osiągnęłam moją ziemię obiecaną w postaci domku z napisem WC, zostałam cofnięta do samochodu stojącego 2 km dalej, w celu przyniesienia paszportu. Ukraina to jedyny kraj,  w którym mogłam skorzystać z toalety, pod warunkiem zostawienia przed drzwiami dokumentu.

Na granicy do dzisiaj krąży mafia. Wypatrują co lepsze samochody i podchodzą,  nonszalancko pukając w szybę. Z zalotnym uśmiechem, błyszczącym złotym uzębieniem,  szeleszcząc ortalionem, rzucają niby od niechcenia, że za dwie stówki podprowadzą pod sam szlaban. Baliśmy się trochę, że podczas „podprowadzania”, porzucą nas nagle gdzieś na środku – płatność bowiem następowała zgodnie z zaleceniem „z góry” – toteż nie skorzystaliśmy. Mafiozo jednak ulitował się nad nami, łaskawie rzucając, że za 50 km stąd jest inne przejście, gdzie kolejek na pewno nie ma. Gwoli ścisłości, owo 50 km pokonaliśmy w ponad 2 godziny, ograniczając się jedynie do „dwójki” na skrzyni biegów – na więcej jakość dróg ukraińskich nie pozwalała.

Żołnierze. Jest ich pełno. W pasie przygranicznym oraz dalej. Nawet na lwowskiej starówce. Któregoś razu, jadąc na spokojnie od granicy do Lwowa, zaczęła majaczyć nam na horyzoncie spora ich grupka. Około dziesięciu, w pełnym rynsztunku, z przewieszonymi przez pierś ogromnymi karabinami. I tak, musieli zacząć nam machać. „Stań bo zaczną strzelać” pisnęłam mężowi i ledwo to uczyniliśmy, ochocza gromada zaczęła szarpać za klamki tylnych drzwi i wsadzać głowy przez uchylone okno. „Nu! Kuda wy jedziecie, a?”, rozległy się nachalne pytania. „Do Jaworowa?”, od razu zaczęli precyzować cel naszego zatrzymania. „Nie!” – tylko tyle zdołaliśmy wykrztusić, widząc kolby karabinów tuż przy bocznej szybie. „Eee!” – skwitowali obrażeni i gestem nakazali nam odjazd. Większej ulgi nie czułam nigdy w życiu.

Tak, chcąc poznać przyszłego partnera weź go na granicę. Chcąc poznać siebie – jedź na granicę. Jeśli któreś nie zacznie histeryzować na widok pijanego chłopa zwalającego się dwa metry przed kołami samochodu, jeśli któreś nie dostanie paniki w konfrontacji z żołnierzem, jeśli któremuś nie drgnie oko przy „spowiedzi” u mytnika, jeśli nie wyda wszystkiego na tanią wódkę – tak, jest to ten jedyny. Na granicy poznasz granice wytrzymałości oraz własnej tolerancji na absurd.

fot. pixabay

OLA

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *